Indianapolis 500 (także: Indy 500) – wyścig samochodowy rozgrywany corocznie na torze Indianapolis Motor Speedway w mieście Speedway, w stanie Indiana, w Stanach Zjednoczonych. Rozgrywany od 1911 roku wyścig odbywa się w ostatnią niedzielę maja na dystansie 500 mil, czyli 200 okrążeń. Jest to jedno z największych wydarzeń Corrida São Silvestre jest tradycyjnym długodystansowym wyścigiem wokół Funchal odbywa się co roku 28 grudnia. Wyścig São Silvestre jest jednym z najstarszych wyścigów w Portugalii i Europie, zorganizowanym przez Associação de Atletismo da Região Autónoma da Madeira, w którym bierze udział tysiące sportowców w każdym wieku. Wyścig w Brasil Ultra Tri (pierwsze zawody w kalendarzu Pucharu Świata IUTA w tym roku) rozpoczął się w sobotę o godz. 14.00 czasu polskiego. Całe podium jest biało-czerwone. Z ogromną przewagą prowadzi Robert Karaś. Kolejne miejsca zajmują Jurand Czubański i Rafał Godzwon. Obecnie zawodnicy są na trasie kolarskiej. Według ankiety przeprowadzonej przez kolegów z Formula1News.co.uk, w której wzięło udział 1.288 czytelników, 83 procent z nich uważa, że Formuła 1 powinna ścigać się na torze w Dubaju zamiast na torze Yas Marina Circuit. 13 proc. Respondentów Ratownicy WOPR, policjanci i strażacy poszukiwali w sobotę mężczyzny, który zaginął na jeziorze Dąbie w Szczecinie. 33-latek pływał kajakiem z kolegą. - Z tego, co ustaliliśmy Teraz odtwarzane. Tragedia podczas spływu Nidą. Nie żyje dwóch kajakarzy. Tragicznie zakończył się spływ rzeką Nida w województwie świętokrzyskim. W miejscowości Sobowice w gminie Imielno utopili się dwaj kajakarze. Na miejscu pracuje policja pod nadzorem prokuratora. Do wypadku doszło w sobotę po godzinie 15. Jak poinformowała YvMm8g7. Trasa powiedzie ich w dół Tamizą pośród ponurej, ciemnej nocy; wzdłuż brytyjskiego wybrzeża; przez Kanał, gdzie będą musieli uskakiwać przed 500 statkami dziennie, mknącymi przez najbardziej ruchliwy wodny szlak na świecie; dalej, aż do ujścia Sekwany; wreszcie, w górę rzeki, gdzie pokonają szereg śluz przed metą u stóp Wieży Eiffla. To przytłaczające, ogromnie męczące, trwające noc i dzień przedsięwzięcie jest jeszcze bardziej desperackie przez to, że ta dziwnie niedobrana paczka śmiałków obojga płci w wieku od 22 do 60 lat, będzie się ścigać w dwóch otwartych łodziach. Obecnie ostro trenujące przed wyścigiem drużyny 2 maja rozpoczną odyseję, która będzie ucieleśnieniem specyficznie brytyjskich cech, takich jak podenerwowanie, dziwactwo i wyobraźnia (Któż inny wymyśliłby wiosłowanie w pocie czoła do najbardziej szykownej stolicy świata?). Będzie także wyjątkowa. Tylko garstka wioślarzy w historii pokonała dystans między tymi dwoma miastami; nigdy też nie miało to formy wyścigu. Do zawodów stanie dziesięcioosobowa grupa mająca bazę nad Tamizą oraz konkurujący z nimi zespół z siedzibą w przytulnym wiejskim pubie w Hampshire. Obie osady będą płynąć w dziesięciometrowych łodziach Thames Cutter, zmieniając się na pozycjach sześciu wioślarzy i sternika w trakcie czterech etapów, trwających od około 4 do 6 dni z krótkimi przerwami uwzględniającymi przypływy. Jeżeli ten pomysł nie napawa was przerażeniem, możecie sami spróbować swoich sił. Organizator zawodów Jock Wishart, który wiosłował z Londynu do Paryża parę lat temu, mówi, że inne zespoły mają jeszcze czas na zarejestrowanie się, choć będą musiały przeznaczyć 23500 funtów na koszty przygotowania i wynajmu łodzi. Myślą przewodnią tego przedsięwzięcia jest intensywne wykorzystanie czasu. Jock, łowca przygód mający na koncie wyprawy na Biegun Północny, oraz dzierżący rekord najszybszego okrążenia kuli ziemskiej w motorówce (w mniej niż 75 dni), obmyślił ten wyścig tak, by poradzić sobie z największym dylematem nowoczesnego poszukiwacza przygód: brakiem czasu. - Wielu ludzi pragnie wyzwań, które zmienią ich życie - mówi. - Ale jeżeli na przykład wiosłujesz na Atlantyku, jest to drogie i wymaga około dwóch lat przygotowań. Nie każdego na to stać. Tutaj, ludzie doświadczą czegoś naprawdę trudnego. Ale będzie to trwać tylko tydzień, a wciąż stanowić będzie olbrzymie wyzwanie. Mary Booth z Kingston-upon-Thames w Londynie jest jedną z osób, które podniosły rękawicę. 43-letnia producentka filmowa i doświadczona wioślarka skompletowała załogę nazwaną Le Figarow (gra słów, ang. row - wiosłować, przyp. Onet), w skład której wchodzą zdobywcy Everestu, polarnicy oraz pewien człowiek, który kiedyś już wiosłował z Londynu do Paryża. - Jestem na takim etapie życia, kiedy szuka się nowych wyzwań, by poczuć spełnienie - mówi Booth. Jej zespół będzie zbierał fundusze na rzecz Rainbow Trust Children’s Charity, organizacji wspierającej rodziny poważnie chorych dzieci. Tymczasem, we wsi Langstone w Hampshire, do rywalizacji przygotowuje się wywodząca się z miejscowego pubu drużyna zwana Langstone Cutters. Jej kapitan Mike Gilbert, 60-letni architekt, opowiada, że wraz z żoną Deborah początkowo planowali wiosłować przez Atlantyk. - Ale moja firma dała mi do zrozumienia, że nie będzie zachwycona, wysyłając mnie na trzymiesięczny urlop - mówi, śmiejąc się. - A potem pojawiła się ta propozycja. Jego osada jest nieco starsza niż przeciwna drużyna (najmłodszy członek Langstone ma 38 lat, a Figarow 22), a sam Gilbert uznaje londyńczyków za faworytów: - Ale jeżeli uda nam się napsuć im trochę krwi, będziemy zachwyceni. Wyścig do Paryża oznacza dla Mike’a trening codziennie o 6 rano na ergometrze wioślarskim, a do tego siłownię i wiosłowanie w weekendy do 10 godzin bez przerwy. Zebrane przez załogę pieniądze zasilą Langstone Lifesavers Fund, fundację wspierającą kilka charytatywnych organizacji ratujących życie (w tym także, co nie dziwi, RNLI - Royal National Lifeboat Institution, organizację ratownictwa morskiego). Wszystko to ma być jednocześnie próbą spełnienia dobrego uczynku, złamania pewnych granic i odmienienia swojego życia w ciągu zaledwie tygodnia. Jednak zdaniem Nicka Tittle’s z Le Figarow, który już wcześniej przebył ten dystans, jest to także przeżycie naszpikowane ekstremalnymi emocjami. - To jest wyzwanie fizyczne, ale musisz je po prostu znieść, by móc cieszyć się pozostałymi elementami - mówi. - Pamiętam wiosłowanie do Le Havre w silnym wietrze, kiedy rzucały mną wielkie fale… albo spływ w dół Tamizą, gdy natknąłem się na coś tak wielkiego, że wyglądało jak wieżowiec. Okropne? Przerażające? Jego odpowiedź nacechowana jest typową brytyjską rezerwą: - Mam wyłącznie radosne wspomnienia. By zgłosić się na uczestnika wyścigu, odwiedź stronę Jeżeli chcesz zasponsorować drużyny, wejdź na i Chcesz powiosłować? Spróbuj tu: Eddystone Challenge to 40-kilometrowy wyścig z Plymouth do latarni morskiej w Eddystone i z powrotem - organizowane co rok w sierpniu, potężne wyzwanie ( Wyścig Ocean to City dla łodzi wioślarskich ze stałymi siedziskami na dystansie 24 kilometrów z Crosshaven w County Cork w Irlandii do samego centrum miasta Cork. Odbywa się 31 maja i jest to jeden z lepszych sposobów na zdobycie darmowego piwa ( Beaulieu River Row. Wymagająca, ale pełna świetnej zabawy impreza dla wioślarzy i kajakarzy organizowana co roku 7 czerwca przez Beaulieu Estate w Hampshire. Zgłoszenia na e-mail @ Kluby, wyścigi i inne informacje na stronie Stowarzyszenia Wioślarstwa Amatorskiego ( Jedyne zwycięstwo odnieśli dzień wcześniej kanadyjkarze Wiktor Głazunow, Piotr Kuleta, Tomasz Barniak i Marcin Grzybowski w wyścigu C4 1000 m. Kajakarki zdobyły łącznie pięć medali, z czego trzy wywalczyła najbardziej doświadczona zawodniczka kadry, trzykrotna medalistka olimpijska w dwójkach Beata Mikołajczyk. W sobotę sięgnęła po dwa srebra, startując w K1 1000 m oraz w K4 500 m razem z młodszymi koleżankami: Dominiką Włodarczyk, Anną Puławską i Katarzyną Kołodziejczyk, a w niedzielę dorzuciła brąz, płynąc z Puławską na 500 m. W sobotę Karolina Markiewicz i Julia Lis były drugie w K2 1000 m, a w niedzielę Włodarczyk i Kołodziejczyk przypłynęły na trzeciej pozycji w K2 200 m. Niezwykle emocjonujący był finał kajakowych czwórek na 1000 m. Zwyciężyli Hiszpanie, a Polacy w walce o srebro wyprzedzili o 0,008 s osadę Słowacji. Biało-czerwoni płynęli w składzie: Martin Brzeziński, Rafał Rosolski, Bartosz Stabno, Norbert Kuczyński. Dorobek medalowy uzupełnili o dwa brązy Tomasz Kaczor w C1 500 oraz Mateusz Kamiński w C1 5000. W niedzielę tuż za podium uplasowali się Głazunow i Barniak w C2 500 (na dystansie 200 m zajęli szóste miejsce), a także Dorota Borowska w C1 200. Srebrna medalistka olimpijska z Rio de Janeiro Marta Walczykiewicz była piąta w swej koronnej konkurencji K1 200, tracąc do pierwszej na mecie Węgierki Doroty Lucz prawie pół sekundy. Dwukrotnie startowali w kajakowej dwójce Piotr Mazur i Dawid Putto. Lepiej wypadli na dystansie 200 m, zajmując siódme miejsce, a na 500 m zamknęli stawkę w finale B (łącznie 18. lokata). W C1 200 Michał Łubniewski był ósmy, natomiast w K1 5000 Markiewicz nie dopłynęła do mety. "Występ reprezentacji oceniam pozytywnie. Nasze kajakarki potwierdziły klasę, młode dziewczyny, które wpuściliśmy do kadry, nie zawiodły. Zmiana pokoleniowa odbywa się płynnie" - powiedział PAP prezes PZKaj Tadeusz Wróblewski. Wysoko ocenił osiągnięcie czwórki kajakarzy na 1000 m. "Srebrny medal to znakomity wynik, a najbardziej cieszy fakt, że nasi reprezentanci wyprzedzili utytułowaną osadę słowacką" - podkreślił. Mimo złotego medalu osady C4 1000, Wróblewski nie był w pełni usatysfakcjonowany występem kanadyjkarzy. Tę grupę po raz pierwszy poprowadził w dużej imprezie pracujący wcześniej w siedmiu krajach trener Marek Ploch, wychowawca Meng Guanlianga i Yang Wenjuna, jedynych chińskich złotych medalistów olimpijskich w tej dyscyplinie sportu. "Więcej spodziewałem się po starcie kanadyjkowych dwójek. Co do pań pływających w kanadyjkach, to wprawdzie nie zdobyły medalu, ale robią postępy. Wyścigi kobiecych kanadyjek wejdą do programu igrzysk w Tokio, a my dopiero od kilku lat prowadzimy pracę z tymi zawodniczkami" - zaznaczył. Kajakarstwo klasyczne Kajakarstwo klasyczne (czasem można spotkać się z określeniem kajakarstwo regatowe) to najstarsza i najczęściej uprawiana dyscyplina. Polega ona na przepłynięciu określonego odcinka akwenu wodnego (jeziora, rzeki) w jak najszybszym tempie. W profesjonalnych zawodach wyścigi odbywają się na czterech dystansach: sprint (200 metrów) 500 metrów, 1000 metrów i wreszcie na najdłuższym, iście maratońskim dystansie 10 kilometrów. Ścigać można się w składach jedno-, dwu- i czteroosobowych (oczywiście liczba osób w poszczególnych ekipach musi być taka sama w obrębie jednego wyścigu). W kajakarstwie klasycznym można startować na sprzęcie typu kajak lub kanadyjka (przyjęto zasadę, że zawodnicy pływający w kajakach oznaczani są dużą literą K, natomiast uczestnicy ścigający się w kanadyjkach – dużą literą C). Czym różni się kajak od kanadyjki? Zasadnicza różnica sprowadza się do sposobu napędzania sprzętu, a konkretniej wiosła. Jeśli pływamy kajakiem w ręku trzymamy wiosło dwu piórowe – zakończone po obydwu stronach specjalnymi płetwami do odpychania się w wodzie. Poruszając się kajakiem odpychamy się wiosłem po prostu na przemiennie, zamaczając w wodzie raz jedną, raz drugą końcówkę. Inaczej sprawa wygląda w przypadku kanadyjek. W tym przypadku dysponujemy wiosłem jednopiórowym, w związku z czym tą samą końcówką odpychamy się najpierw z jednej, później z drugiej strony. Wymaga to przyjęcia innej pozycji niż podczas pływania kajakiem. W wyścigach kanadyjek zawodnicy przyklękają na jednym kolanie, kajakarze przyjmują postawę siedzącą z nogami wyciągniętymi do przodu. Jeśli uczestniczymy w wyścigach kanadyjek dwójek, odpychamy się tylko z jednej strony, za drugą odpowiedzialny jest partner z drużyny. Właśnie z tej przyczyny nie produkuje się właściwie ani nie organizuje zawodów trójek – w przypadku kanadyjek płynięcie prosto nie było po prostu możliwe (tak samo gdyby jedna osoba płynąc samotnie odpychała się tylko z jednej strony. Kajakarstwo górskie Kajakarstwo górskie to propozycja dla osób preferujących większe prędkości i dodatkowy zastrzyk adrenaliny. Zawody organizuje się na rwących rzekach albo specjalnie skonstruowanych ciekach wodnych, które mają imitować górskie warunki. Tę dyscyplinę możemy również uprawiać w kajakach lub kanadyjkach (są one jednak zacznie krótsze), ale w porównaniu do kajakarstwa klasycznego, bardziej ogranicza się liczbę osób poruszających się w jednym kajaku oraz – przez wzgląd na trudne warunki – długość trasy. I tak w wyścigach kajakarzy w sprzęt prowadzić może tylko jednak osoba, zawody kanadyjek odbywają się również w dwuosobowych składach. Zawody kajakarstwa górskiego organizuje się w dwóch kategoriach: slalom i zjazd. Ten pierwszy polega na pokonaniu określonego odcinka rzeki, na którym poustawiane są bramki, które zawodnik musi zaliczyć (tak jak w narciarstwie alpejskim), czyli po prostu przepłynąć pomiędzy dwoma tyczkami. Dla utrudnienia, niektóre bramki trzeba pokonać, płynąc pod prąd (co wymaga od zawodnika nie lada siły). Dla odróżnienia od bramek przepływanych zgodnie z nurtem rzeki, oznacza się je kolorem czerwonym (te pierwsze maluje się na zielono). Druga konkurencja – zjazd – jest zdecydowanie mniej wymagająca. Zawodnik w niej startujący musi po prostu spłynąć nurtem na wskazanym odcinku rzeki w jak najkrótszym czasie. Oczywiście poszczególne przejazdy w obydwu konkurencjach odbywają się indywidualnie. Żeglarstwo kajakowe Dość ciekawa odmiana kajakarstwa, w Polsce praktycznie niespotykana. Pozwala osiągać największe prędkości spośród wszystkich odmian dyscypliny, a to dzięki temu, że zamiast wiosła do napędu używamy żagla. Z wiadomych względów tradycyjny sposób siedzenia w takim kajaku nie wchodzi w grę. Kajakarz usadawia się mianowicie na specjalnym, wysuwanym pod kątem prostym do kajaka siedzisku, które stanowi przeciwwagę dla żagla. Kajakarstwo – polo Propozycja dla osób lubiących rywalizację drużynową. Mecze tej nietypowej odmiany polo rozgrywa się w pięcioosobowych składach. Zwycięża drużyna, która w czasie gry (dwa razy po 10 minut) zdobędzie najwięcej goli, a więc trafi celnie – za pomocą ręki lub skierowania piłki wiosłem, do bramki zawieszonej na wysokości dwóch metrów. Gra odbywa się na specjalnie przystosowanym boisku (z całkowicie statyczną taflą) o wymiarach 35mx25m. Gra w polo wymaga specjalnego sprzętu – kajaki są krótsze i bardziej zwrotne, a ze względu na częste przypadki taranowania przeciwnika, nie mogą mieć żadnych ostrych burt ani dziobów. Z powodów bezpieczeństwa również wiosła muszą mieć miękkie wykończenia, a zawodnicy grają w kaskach i kapokach. Freestyle kajakowy Młoda, ale bardzo widowiskowa i szybko się rozwijająca dyscyplina. Polega na wykonywaniu różnego rodzaju powietrznych akrobacji, ktate_1" data-td-block-uid="tdi_103_6e3" > Emilia KlimaEmilia Klima - absolwentka socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, pasjonatka sportu i pisania nie tylko o sporcie. Od 2008 roku współpracuje z działem sport-rozrywka serwisu w międzyczasie pisywała do innych portali internetowych zajmujących się tematyką sportową. Miłośniczka pływania i jazdy na rowerze. Nasz specjalista pisze o sobie:Jako posiadaczka (do niedawna) rodzeństwa płci męskiej wyłącznie, nie miałam innego wyjścia jak śledzić wydarzenia sportowe, odkąd tylko byłam we właściwym wieku do zrozumienia tego, co się dzieje w telewizorze. Myślę, że nie będzie wiele przesady w stwierdzeniu, że bardziej niż na wieczorynce wychowałam się na wieczorach z Ligą Mistrzów. Gdzieś w międzyczasie moje zainteresowanie futbolem osłabło najpierw na rzecz siatkówki, a później Formuły 1, nadal jednak sport stanowi ważny element mojego inaczej jest z jego czynnym uprawianiem. Staram się, by aktywność fizyczna była dla mnie przede wszystkim źródłem przyjemności, dlatego trzymam się z dala od tych sportów, których zwyczajnie nie lubię. Gustuje szczególnie w pływaniu, dyscyplinie pozwalającej rozwijać równomiernie niemal wszystkie partie mięśniowe, przy okazji spalić sporo kalorii z wysiłkiem odczuwalnym dopiero po wyjściu z wody. Przy sprzyjającej pogodzie nie wzgardzę rowerem lub rolkami, lubię się również od czasu do czasu porządnie rozciągnąć. (W czasach swojej największej elastyczności potrafiłam nawet zrobić szpagat, ha!).Co robię kiedy nie oglądam sportu lub go nie uprawiam? Piszę. To czym, się zajmuję pozwala mnie zatem na połączenie dwóch największych pasji. Kiedy nie oddaję się żadnej z nich, w wolnym czasie oglądam amerykańskie seriale lub europejskie filmy, a kiedy wyłączą mi prąd, czytam książki. Ta historia może zmotywować nawet najbardziej pesymistycznie nastawionych ludzi do życia. Marcin Gienieczko pokazuje w królestwie mediów społecznościowych XXI wieku, że istnieje jeszcze niezłomność i można wygrać zakład z losem. A los i przeznaczenie życiowe nadane są człowiekowi już w kołysce. Marcin Gienieczko, profesjonalny sportowiec, podróżnik, marynarz, dziennikarz oraz ojciec dwóch uroczych synków, zajął drugie miejsce na najdłuższym wyścigu na świecie YUKON 1000 – o długości 1600 km przez najbardziej odludne i niebezpieczne regiony Kanady i Alaski. Dokonał tego regatowym canoe jako kapitan jednostki Independent Poland na 100-lecie niepodległości Polski. Tym samym zdobył tytuł wicemistrza świata w długodystansowym płynięciu na canoe. Dla niektórych uczestników oraz środowiska kajakarzy wyścig ten uznawany jest jako nieoficjalne mistrzostwa świata. Jak wyglądała droga do tego olbrzymiego sukcesu? W 2015 roku Gienieczko dokonuje niebywałej rzeczy przemierzając wielki trawers Ameryki Południowej o własnych siłach, 700 km na rowerze przez Andy wjeżdżając na wysokość 4700 metrów. Następnie zjeżdża do dżungli, pokonuje 5980 km w canoe( z czego z partnerem Gadielem Sanchez Rivera około 400 km), a następnie 80 km biegu z polską i olimpijską flagą do zatoki, w której rozlewa się Amazonka. Gienieczko 6 miesięcy po tym sukcesie otrzymuje światowy rekord Guinnesa. Więcej pod tym linkiem. Po 7 miesiącach od tego historycznego wydarzenia następuje nagły zwrot wydarzeń. Osoba, która wspierała Marcina staje się jego głównym wrogiem. Gienieczko na festiwalu turystycznym w Gdyni zauważył nieprawidłowości dotyczące nieuczciwego traktowania uczestników festiwalu. Postanawia nie odbierać wyróżnienia przyznanego przez Jury, którego członkiem jest między innymi Piotr Chmieliński. Zadaje pytania, prosi o wyjaśnienie współorganizatorów festiwalu. Nie otrzymuje jednoznacznej odpowiedzi. Próba dojścia do prawdy Marcina nie podoba się członkowi jury, Piotrowi Chmielińskiemu, w skutek czego z osoby dotychczas dość życzliwej Marcinowi, staje się on oponentem i zaczyna kwestionować jego zasługi dotyczące przepłynięcia Amazonki. Zaprzyjaźniona gazeta, w której jest korespondentem podważa sukces Gienieczki na podstawie przypuszczeń oraz błędnych analiz, czy ironicznych stwierdzeń, że w canoe nie można zrobić na Amazonce 100 km dziennie. To był największy absurd podsuwany przez przeciwników. Warto zaznaczyć, że Gienieczko w 2013 roku dokonuje innego udanego osiągnięcia bo właśnie w otwartym canoe-przepływa Morze Bałtyckie na dystansie 110 km w czasie 27 godzin i 30 minut. Świadkiem tego wyczynu był żeglarz Arkadiusz Pawełek, który jako drugi na świecie po francuskim żeglarzu Alain Bombard w 1952 roku przepłynął pontonem Atlantyk. W obronie Marcina stanęła najpoważniejsza organizacja sportowa w Polsce, walcząca ze światowym oszustwem czyli dopingiem. Polski Komitet Olimpijski nie zgodził się z krzywdzącą opinią na temat Gienieczki. Podróżnik skupił się na kolejnym projekcie. Miał świadomość tego, że w eksploracji nie ma miejsca na wyjaśnienia czy tłumaczenia, gdyż są to atrybuty winnych, w eksploracji sportowej jest tylko napieranie. Ciągle nowe projekty, które ilustrują wewnętrzną pasję, determinację i walkę o sukces. Gienieczko zabrał się do realizacji kolejnego projektu. W 2016 roku dokonał podwójnego trawersu Hardangervidda na nartach – płaskowyżu w Norwegii, gdzie Amundsen przygotowywał się do wielkiej wyprawy na Biegun Południowy. W tym samym roku dokonuje wielkiego trawersu Gór Mackenzie, przechodzi 1000 km bez pomocy z zewnątrz w ciągu 45 dni Góry Mackenzie, najbardziej niedostępne regiony płn. Kanady. Materiał dostępny jest tutaj. Za to osiągnięcie otrzymuje list gratulacyjny od Prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego Andrzeja Kraśnickiego. Gienieczko wysłał maila do PKOL z informacją, że odwdzięczy się kolejnym sukcesem sportowym. Zawiadamia władze PKOL, że wystartuje w najbardziej prestiżowych zawodach w canoe na świecie aby ostatecznie odciąć propagandę na dawny temat. Po powrocie z gór Mackenzie zaczyna rozmawiać z przyjaciółmi z Whitehorse, właścicielami firmy Kanoe People, Scott McDougall, którego poznał w 2003 roku kiedy to przepłynął rzekę Jukon od Carcross aż po Morze Beringa. Miał wtedy 24 lata i zajęło mu to 76 dni, przepłynął wówczas Jukon na dystansie 3000 tys. km. Po powrocie powstała książka ,,Pokonać siebie”. Scott zapytał czy Marcin powróci tutaj ponownie na canoe i wystartuje w wyścigach Yukon River Quest lub Yukon 1000? Gienieczko wrócił do Polski. Na kolejnym swoim kontrakcie morskim zarabia na życie jako marynarz na dużych barkach, wykonuje niebezpieczną, ryzykowną, ale dobrze płatną pracę na tankowcach. Postanawia, że wystartuje w wyścigu Yukon River Quest. Ten jeden mu jednak nie wystarcza, więc postanawia wyjechać do Kanady na 2 miesiące i zostaje jeszcze na najdłuższy wyścig na świecie YUKON 1000. Każdy sportowiec potrzebuje mieć silną motywację do działań, tzw „drive”, który doprowadzi go do upragnionego celu. Ból sportowy oraz naturalny ludzki odwet stały się dla Marcina wewnętrzną siłą do walki. Robi półroczną przerwę w projekcie "Droga na Biegun”. Dla Marcina wyścig był wyścigiem o wszystko. To walka o uznanie, prestiż ale i wartości wyniesione z domu: wiarę, miłość, nadzieję, niezłomność, prawdę itp. Organizując oba projekty sportowe zawzięcie trenuje. Dogaduje się ze swoim kapitanem ze statku, że będzie pływał między Rotterdamem, a Antwerpią. Po każdym kontrakcie jedzie do swojego mentora i najlepszego canoisty Belga Francis Soenen. Ten uczy go pływania na canoe See 1. Łódka ta może płynąć w kategorii solo w YRQ. Gienieczko jednak nie może się przekonać do canoe, które posiada ster. Według niego to nie canoe, lecz bardziej kajak. Nie może odnaleźć się w prowadzeniu tego rodzaju canoe, ale rzetelnie próbuje. Niestety wszyscy w kategorii solo w canoe na wyścigu YRQ płyną tym modelem łódki. Dlaczego? Jest ona szybsza oraz daje większe szanse na miejsce na podium. W trakcie przygotowań zapada decyzja, że jeszcze wystartuje w wyścigu YUKON 1000, zaprasza do tego wyścigu kolegę z rodzinnego miasta jako partnera, lecz ten nie czuje pływania na canoe. Ostatecznie rezygnuje z wyścigu 2 tygodnie przed wylotem. Jako partner pozostawia Marcina na polu bitwy bez żadnych wyjaśnień. Gienieczko jest załamany. Szuka rozwiązań. Organizatorzy YRQ znają dobrze Marcina za sprawą wcześniejszych jego osiągnięć na Yukonie. Polskie Radio publikuje link na swoich stronach, że Gienieczko walczy o start w obu wyścigach. Ten link zamieszczają na swojej stronie Facebooka organizatorzy Yukon River Quest z zapytaniem czy ktoś chce mu towarzyszyć, wystartować z nim w II wyścigu na dystansie 1600 km. Do Gienieczki zgłaszają się liczne osoby. Decyduje się na Bena Schmidta, który w 2009 roku ukończył wyścig Yukon 1000, zajmując III miejsce. Gienieczko komunikuje partnerowi na samym początku: „Interesuje mnie tylko wygrana, czy jesteś gotowy?” Schmidt, po rozmowie z żoną i po analizie wszystkiego, przyjmuje warunki Marcina. Gienieczko zostaje kapitanem jednostki o nazwie Independent Poland. Marcin finansuje wszystko z własnego prywatnego budżetu. Nie szuka sponsorów. Nie ma na to czasu. Pracuje na statku. Schmidt zaczyna treningi, a Gienieczko skupia się na tym etapie, na wyścigu YRQ. Przylatuje na Yukon 10 czerwca. Spotyka się z Peterem Coates pierwszym organizatorem YUKON 1000, twórcą najlepszego tracka na świecie, który pokazuje każdą łódkę jak płynie, z jaką prędkością itp. Wynajmuje od niego canoe See 1 i zaczyna trening. Jednak już po 20 minutach wywraca się na rzece Jukon. Suszy się i próbuje płynąć dalej. Odbywa trening 20 km do rzeki Takhini River. Po powrocie ponowie rozmawia z właścicielem Kanoe People i komunikuje mu, że kompletnie tej łódki nie czuje. Pyta Scotta, czy ma coś innego do zaproponowania? Ten proponuje mu start w regatowej łódce Clipper Jensen 18. Ale jest to jednak łódź dwuosobowa. Wszyscy w parach startują na tym canoe w YRQ. Gienieczko rozmyśla całą noc w hostelu, jaką decyzję podjąć. Nad ranem stwierdza, że popłynie w Clipper Jensen 18 i podejmie w niej walkę. Organizatorzy oraz jego konkurencja nie dają mu większej szansy niż 40 procent, że w niej dopłynie do mety. Do tej pory nikt nie płynął w kategorii solo dwuosobową łódką w tym wyścigu. Dodatkowo za balast Gienieczko musi zabrać około 70 litrów wody na dziób canoe, aby płynąć w linii prostej oraz aby łódka nie była szczególnie dziobem podatna na wiatr. Szanse są nieduże, ale Marcin chce podjąć to ogromne wyzwanie. Największym jest jezioro Labarge. Gienieczko w ramach treningu opływa je tym modelem łódki. Zajmuje mu to 4 dni od startu z Whitehorse. Stwierdza, że nie będzie to łatwe przedsięwzięcie. Zdaje sobie sprawę że nie ma szans na wygraną, ale ma szanse pokazać innym, że dwuosobową łódką może pokonać nie 100 km dziennie ale w ciągu 32 godzin przepłynąć 320 km w tym pokonując dystans wielkiego jeziora 50 km. Jednocześnie ta łódka ma go przygotować do wyścigu YUKON 1000. Na drugi wyścig decyduje się na ciut szybszą łódkę Jensen's Whitewater II. Łódki są podobne do siebie. Gienieczko startuje w YRQ i osiąga swój cel, przepływa 320 km w 32 godziny. Gienieczko wyprzedził dodatkowo wiele łódek, które płynęły w parach. Na jeziorze Labarge płynął z prędkością 5km/godz czasami 6km/godz. W ciągu 67 godzin 55 minut i 27 sekund przepływa dystans 715 km zajmując w kategorii solo 5. miejsce. Zdobywa uznanie wśród najbardziej doświadczonych zawodników na canoe oraz w kajakach. Do tej pory nikt takiego wyzwania nie podjął oraz nie przepłynął dwuosobową łódką w kategorii solo - kwitują miedzy innymi właściciele największej firmy od canoe na Yukonie: Kanoe People. Gienieczko czuje się spełniony. Nie chodziło tutaj wcale o podium. Podróżnik zostaje w Dawson City u Andrzeja i Oli Kuczyńskich właścicieli sklepów jubilerskich. Pracuje w miarę możliwości – maluje dom, pomaga, zarabia pieniądze na kolejne wpisowe, opłatę za regatowe canoe. Z pomocą przychodzi właściciel firmy Satfilm Robert Kowalczyk, który widzi determinację Gienieczki i pomaga mu opłacić jego bilet powrotny do Polski. Andrzej Kuczyński zakupuje dodatkowe wiosła na wyścig Yukon 1000. Marcin mieszka w szopie i próbuje się skupić na nadchodzącym wyścigu. Jest w ciągłej korespondencji z Benem Schmidtem, który proponuje mu wspólne treningi na Alasce, lecz Marcina nie stać na taką podróż. Musi zarabiać pieniądze na opłatę canoe, które kosztuje 1100 dolarów. Z Benem spotyka się w Whitehorse 4 dni przed wyścigiem Yukon 1000. Gienieczko nadmienia, że w canoe jest niczym maszyna – płynie bardzo mocno, szybko i zawzięcie wiosłuje. Założeniem wyścigu jest wiosłowanie 18 godzin codziennie, z przerwą wymuszaną przez organizatorów na nocleg miedzy 23:00 a 5:00 nad ranem. Ben przyjmuje to ze zrozumieniem. Zaliczają wspólny trening 20 km w dół rzeki Jukon, towarzyszy im na drugim canoe ks. Sławek Szwagrzyk, który poświecił łódkę oraz dał schronienie i pomoc dla zawodników. Ben i Marcin mieszkają w parafii u ks. Szwagrzyka, który sam jest zapalonym poszukiwaczem przygód. Ksiądz rozumie ambicje Marcina, a oprócz noclegu obdarowuje ich również jedzeniem. Podróżnicy przygotowują się mentalnie. Wielkie wparcie otrzymują od rodziny. Mają te same wspólne wartości. Obaj kochają dzieci. Jako nieliczni mają rodziny, które są ich największym wsparciem mentalnym. YUKON 1000 – ostatni wielki wyścig 22 lipca następuje start wyścigu, duet polsko-amerykański wysuwa się na wysoką pozycję. W kategorii canoe zajmują po pewnym czasie już III miejsce lecz po wpłynięciu na jezioro Labarge tracą przewagę i schodzą na 5 miejsce. Na początku kłócą się oba style wiosłowania. Ben preferuje krótkie pociągnięcia. Gienieczko stosuje mocne, długie. Ben nie jest dobrze przygotowany kondycyjnie do pierwszych dni wyścigu. Słabnie, traci motywację widząc jak inni ich wyprzedzają. Mat. pras. Mat. pras. Gienieczko nie zważa na to, ma świadomość że etap jeziora jest najcięższy. Dodatkowo łódka jest przeciążona, na pokładzie jest 20 litrów wody. Zawodnicy nie zabrali filtrów tak jak inni, czy też tabletek do odkażania wody. Poczałkowo plan był taki, aby brać wodę z małych strumieni. Ich prędkość początkowa wynosi 7 km/godz. Gienieczko kalkuluje ją i stwierdza, że to zbyt mało. Ben oznajmia zmęczenie, twierdzi że nie da rady. Gienieczko denerwuje się wewnętrznie, motywuje i prosi Bena, wie doskonale, że nie może wymusić za dużej presji na Benie gdyż, mówiąc w sportowym języku zawodnik wówczas się zatnie. Gienieczko zdaje sobie sprawę, że on jako kapitan teamu, ponosi wszystkie koszty, a Benowi może zwyczajnie nie wystarczyć motywacji. Ten próbuje się przełamać. Gienieczko wkłada znacznie więcej siły niż Ben. Wiosłując 47 pociągnięć wiosłem na minutę. Na jeziorze tracą 2 godziny. Przed wyścigiem mieli założenie, że 96 km przepłyną w ciągu 9 godzin. Tak się nie dzieje. Po wpłynięciu na rzekę Jukon od razu przyspieszają. Marcin zauważa, że Ben widząc drugie canoe przyspiesza. Musi wyraźnie widzieć cel, rywala przed sobą, wtedy bardziej zawzięcie wiosłuje, czuje motywację. Gienieczko nie potrzebuje takiego bodźca. Tego samego dnia wyprzedzają dwie łódki w kategorii canoe. Następnego dnia osiągają już II pozycję w swojej kategorii. Płyną zawzięcie. Do lidera mają nieustannie ok 2 godziny czasu. Spotkany po drodze wyprzedzany kajak, przekazuje informacje, że kanoe lidera jest około 1,5 lub 2 h czyli około 15 km przed nimi. To jest główna myśl zaprzątająca spokój wszystkich zawodników, „gdzie teraz jestem i jak daleko mam do lidera”. Pościg trwa. Nadchodzi drugi dzień, Gienieczko czuje się otępiały, odczuwa kłucie wokół serca. Nie może się zaaklimatyzować. Dzienny odpoczynek, regeneracja to zaledwie 3 godziny. Stwierdza, że to jest stanowczo za mało. Najgorzej jest w godzinach miedzy 5:00 a 7:00 nad ranem, kiedy to organizm walczy z przebudzeniem. Marcin zjada wówczas około 8 cukierków kawowych, ma również ze sobą 2 napoje energetyzujące, ale dzieli tą ilość na cały dzień. Ben takiego problemu nie ma, zazwyczaj dopada go apatia po i słabnie wówczas, nie osiąga takiej prędkości, jaką powinien wytworzyć. Jest to bardzo irytujące dla Gienieczki, który musi wiosłować za dwoje. Ben proponuje, aby do termosów brać na początek gorącą mocną kawę, okazuje się to bardzo pomocne. Trzeciego dnia Gienieczko ma swój najlepszy dzień, wiosłuje jak maszyna, a łódka płynie z dużą prędkością. Mijają zespół Kokoruaz Nowej Zelandii, kolejny kajak który zawsze był szybszy od canoe. Ben widząc to, ożywia się i zaczyna wiosłować mocniej, szybciej. Jednak na terenie Kanady nie był wcale jeszcze gotowy na takie mocne regatowe płynięcie. Irytuje to Marcina, odkłada wiosło na 2 minuty i mówi „jak tak będziesz płynął, to ja wcale nie wiosłuję. Musisz mi dać 4 km/godz. więcej, a dajesz 2 km/godz.”, ale złość trwa tylko 2 minuty. W wyścigu sportowym nie ma czasu na większego i dłuższego focha :). W trakcie silnego wiosłowania Gienieczko próbuje motywować Bena, że ten robi to dla dzieci, a ogląda go około 7 tys. fanów na Facebookowym profilu Marcina. Uświadamia mu, że ten wyścig może otworzyć przed nim drzwi na nowe rzeczy i dać szanse na kolejne wyzwania. Nie możesz się złamać. Między zawodnikami dochodzi do różnych napięć w myślach i słowach, każdy z nich stara się podołać trudnemu wyzwaniu, stoczyć bitwę o umysł, dać z siebie wszystko. Marcin czuje się obciążony 60 procentowym wkładem siły w powodzenie wyścigu i wyrzuca to Benowi, nie mniej jednak przeprasza go za to następnego dnia. Panowie znowu odzyskują motywację. W okolicach Dawson City ich łódka płynie z prędkością 20 km/godz. Ben jest podniecony, że tego dnia znajdą się już na Alasce, na jego ziemi. Płynie, rozmawia , rozmyśla. Wspólna dyskusja dotyczy ich dzieci. To ich najbardziej łączy – rodzina. Tuż za Dawson rzeka praktycznie się nie dzieli, a płynie jednym korytem. Gienieczko widzi smugi dużego dymu. Wybucha pożar, a dym otacza ich łódkę. Ben mówi, że musi to być jakieś 7 km do nich. Marcinowi trudno w to uwierzyć. Zatrzymują się na wyspie gdzie spędzają 10 minut, analizują. Olbrzymi pożar, który dostrzegli, oddalony według ich przypuszczeń na 6 km w dół rzeki, robi się coraz większy. Dym staje się tak potężny, że przykrywa całą dolinę. Ryzykują. Gienieczko ufa Benowi, który na Alasce mieszka od urodzenia, aby płynąc dalej. Jednak po przepłynięciu kilku kilometrów Ben oznajmia, aby wrócić na wyspę. Nie przebijemy się przez ten dym. Gienieczko nie wie, co robić, czuje się wystraszony. Ben go uspakaja. Kiedy wystartowali, byli na 3. pozycji, później na 5. Na jeziorze Laberge stracili 2 godziny, ze względu na brak wspólnych treningów. Szybka rzeka Jukon pomogła im nadrobić straty i wyprzedzić wiele załóg (w tym kajaki, które są szybsze niż transportowe canoe) jednak stało się coś, co zachwiało załogą „Independent Poland”. Na ich drodze wybuchł pożar, paliły się oba brzegi rzeki, a dym schodził na wodę i blokował możliwość przepłynięcia. To bardzo niebezpieczna sytuacja, bo można ulec zaczadzeniu. Zagrożenie życia było realne dla wszystkich załóg. Mat. pras. Lider, zespół kajakowy z Nowej Zelandii, który wygrał cały wyścig, dał radę przepłynąć przed pożarem. Ian Huntsman wysłał smsa ze swojego telefonu satelitarnego do organizatorów z informacją, jak nam to później powiedział po wyścigu, aby nikt po nich nie płynął. Zespól Hobo Squad z Hawajów, zwycięzca wyścigu w klasie canoe, utknął tuż za pożarem, udało im się przeprawić na drugą stronę. – „My mieliśmy największego pecha-relacjonuje Gienieczko. O próbuję zadzwonić do organizatorów, ale ci nie odbierają łączy satelitarnych więc Gienieczko decyduje się zadzwonić do ojca. Ten pisze do nich email i po 15 minutach dzwoni jeden z organizatorów Henry St Clair na tel Marcina. Odbiera Ben i wyjaśnia. -Zadzwoniliśmy do organizatorów z informacją o sytuacji i pytaniem, co mamy robić. Nad głową już latał helikopter i szukał źródła ognia. Widział naszą pozycję. O łódki już się zatrzymywały. W trakcie wyścigu każdego dnia był obowiązujący 6 godzinny postój miedzy 23. a 5 nad ranem dla wszystkich załóg. O poranku goniliśmy do Eagle Village, gdzie trzeba było się zameldować w straży granicznej USA. Kiedy byliśmy w straży granicznej dowiedzieliśmy się, że nasza odległość do leadera wynosiła zaledwie 8 km, ale pożar znowu zaprzepaścił nasze starania i ponownie musieliśmy ich gonić… to był wielki wyścig. Przypomniał mi się wówczas film "Mistrz kierownicy ucieka"….”. Mat. pras. Ben znacznie lepiej już wiosłował, co pozwoliło nadrobić zaległości. Ben siedząc na przodzie wiosłował przez 20 minut sam, Marcin w tym czasie osłabł, musiał się zdrzemnąć na 10 minut. Ben kontrolował płynięcie. Zawodnicy wpłynęli na wielkie rozlewiska Jukonu. Track przygotowany przez kolegę – Marcina, kartografa był bardzo dokładny. Lecz nawigowanie okazało się znacznie trudniejsze niż na Amazonce. Dlaczego? Ta część Jukonu przypomina wnętrze jamy brzusznej, tysiące kanałów i liczne wysepki. Na Amazonce zaś, jeśli spojrzymy na nią z kosmosu, zarówno kanały jak i wyspy są bardzo duże. Trudno popełnić błąd w nawigacji, kiedy się ma opracowany dokładny track w gps. Po prostu wszystko, co większe jest wyraźniejsze. Tutaj na Jukonie natomiast, wpłynięcie w mały, niewłaściwy kanał kończy się nawet utknięciem i bardzo trudno z niego wydostać się na właściwy tor. Często trzeba płynąć wówczas pod silny nurt 100 metrów, co daje około 15 minut straty. Na początku załoga bazowała na tracku, lecz Ben prosił, aby mu zaufać, znał i czuł rzekę bardzo dobrze. Jukon potrafi zmienić swój pęd i czasem nurt, woda jest mętna, Potrzebny jest taki naturalny instynkt dający przewagę nad rywalami. Ben tę część Jukonu przepłynął dwukrotnie, dlatego obaj postanowili skupić się na traku, zmyśle orientacji i intuicji jednocześnie. Marcin przyznał, że popełnił jedyny błąd, gdzie zawierzył GPS-owi. Ten wprawdzie poprowadził poprawnie, ale wydłużył trasę o 3 km, a w tym projekcie liczy się czas. Ben irytował się na to i wypomniał, ze trzeba czytać lepiej rzekę. Mat. pras. Następnego dnia popłynęli już bardzo poprawnie, natrafili na kolejny zespół kajakowy 10thLifeKayaking z USA, który miał duże problemy w nawigacji. Dzięki temu wyprzedzili ich. Warto dodać, że od początku wyścigu plasowali się na drugiej pozycji i przez większość etapu płynęli burta w burtę z liderem canoe. „Independent Poland” znaleźli się na 4 pozycji. Ben wyliczał każdą minutę tego wyścigu. Marcin również. Zatrzymywali się raz dziennie na załatwienie czynności fizjologicznych na 2 minuty na brzegu. Gienieczko zaczynał trochę słabnąć. Dużo siły włożył w etap kanadyjski. Dodatkowo miał problemy z żołądkiem. Zatruł się sfermentowanym napojem, wymiotował. Do tego upał od początku wyścigu, codziennie po 27 stopni i ani kropli deszczu. Najgorzej było w południe, kiedy słonce paliło prosto w twarz. Gorący kubek rosołu stawiał na nogi. Ben miał roblemy z ramionami, Marcin daje mu maść rozgrzewającą, ten smaruje swoje barki. Ciągle brakuje im snu, śpią zaledwie po 3 godziny, 50 minut z rana i 50 minut wieczorem zajmuje przygotowanie posiłku, do tego rozbicie obozu. Przed małą osadą Indiańską Beaver, Ben zaczyna bardzo imponować Marcinowi, siada w pozycji klęczącej i zaczyna długie mocne wiosłowania -wiosłuje jakby miał finiszować. „W tym czasie płynęliśmy pod silny wiatr i metrowe fale. Ben, wiosłuj tak z 15 minut, w myślach dodaje Marcin „Kurcze, bracie, jakbyś tak wiosłował na początku, bylibyśmy pierwsi. A może nie mam co narzekać?”- zastanawia się Gienieczko. Po przepłynięciu 1600 km w ciągu 7 dni i 7 godzin i 30 minut zespół „Independent Poland” dopływa do mety. Zajmując bardzo wysokie drugie miejsce w kategorii canoe, a czwarte w całości. Oficjalna strona wyścigu z wynikami dostępna jest tutaj. Wyprzedzając 10 zespołów, pokonują miedzy innymi zwycięzcę Yukon River Quest Bart de Zwart oraz angielski zespół, który 2 lata temu w rekordowym czasie przepłynął Atlantyk z Portugali do Wenezueli Mathew Sidney Bennett Oliver Bailey. Organizatorzy po analizie naliczyli wielu zespołom kary czasowe (2 H), zespołowi Marcina również, za to, że ten próbował się skontaktować telefoniczne z organizatorem pytając czy dalsze płynięcie przez pożar jest bezpieczne. Kontaktowanie przez telefon satelitarny było zabronione, chyba że w nagłych przypadkach – tylko z organizatorami. Jednak nie wpłynęło to na ich pozycję, gdyż mieli wystarczającą ilość czasu przewagi nad innymi zespołami. Organizatorzy oficjalnie pogratulowali zespołowi zawziętości i dobrego wyniku. – Był to znaczący sukces w canoeingu, gdyż w ciągu jednego miesiąca zrealizowałem dwa wyścigi dwuosobową łódką zarówno solo i w tandemie. Jako kapitan zespołu Independent Poland czułem dużą radość. Dla mnie to było ukoronowanie. Tym samym zakończyłem oficjalnie pływanie na canoe. Jeżeli kiedykolwiek wrócę na canoe, to rekreacyjnie, aby przepłynąć z Whitehorse do Dawson ze swoimi chłopcami. Był to też pierwszy taki sukces w historii polskiego canoe, ale i również Europy, że człowiek zrobił taki podwójny projekt. Jednocześnie tym wyścigiem obronił wszystko, co było mu zarzucane. Być może nadal zdarzą się osoby, które interpretują to inaczej, ale na opinie innych ludzi nie mamy wpływu. Wiem, na co mnie stać, czego potrafię dokonać i jak się w to angażować – opowiada Marcin. Co dalej? – Wracam do projektu „Droga na Biegun”, gdzie moim celem jest trawers Antarktydy przez Biegun Południowy – samotnie. Nim to się stanie, muszę dokonać podwójnego trawersu Grenlandii w przyszłym roku. Czy będzie to możliwe? Wszystko zależy od mojej żony, czy mi na to pozwoli. Wszak rodzina jest najważniejsza, nie chcę aby moje męskie sportowe ambicje stały jedynie na pierwszym miejscu – podsumowuje Marcin. Kinga Kępa Jeszcze kilka lat temu w Polsce w kalendarzu imprez kajakowych były zaledwie dwa kajakowe wydarzenia z „jednorazowym” kilometrażem 100 km: Warta Challenge i DEBIL. Zaznaczyć należy, że żadna z tych imprez oficjalnie nie była i do tej pory nie jest wyścigiem na tym dystansie. Jak się okazało, istnieje spore grono kajakarzy, dla których to jest zbyt mało, więc po kilkuletnich wyprawach na maratony lub ultramaratony zagraniczne, sami zaczęli organizować długodystansowe imprezy w Polsce. Z roku na rok przybywa w Polsce śmiałków zmagających się z długimi dystansami, a liczba maratonów kajakowych w Polsce gwałtownie wzrasta. W niepisanych zasadach takich imprez można się doszukać reguły, że dystans powinien liczyć nie mniej niż 100 km (na wodach płynących) lub mniej, ale wtedy koniecznie po wodach stojących (jezioro, morze, kanał) lub nawet pod prąd! Zwykle nie jest ważne, kto jakim kajakiem płynie, a bywa, że nie liczy się zajęte miejsce. Mimo to, ta forma kajakowej „rozrywki” znalazła już uznanie kilkudziesięciu kajakarzy, zarówno kobiet jak i mężczyzn, którzy jak karawana podążają śladem kolejnych imprez. III Cross-Maraton na Pilicy „Wielka Siła” Sezon 2016 zaczął się III Cross-Maratonem na Pilicy „Wielka Siła”, dedykowanym dzieciom z autyzmem. Trasa maratonu wiedzie rzeką Pilicą z uwzględnieniem całej długości Zalewu Sulejowskiego, z dwiema przenoskami, z czego dłuższa ma około 800 metrów. Na starcie w Przedborzu 2 kwietnia 2016 r. stawiło się aż 110 osób w czterech kategoriach: jedynek kobiecych, jedynek męskich, dwójek open i jedynek weteranów (kończących w tym roku 60 lat lub starszych). To z pewnością najliczniejsza impreza tego typu. Organizatorzy dali uczestnikom możliwość ukończenia maratonu na dwóch punktach kontrolnych (po 44 km płynięcia w Sulejowie i po 73 km w Tomaszowie Mazowieckim) lub dopłynięcia do mety, która została wyznaczona w Domaniewicach. Z pewnością zaskakuje liczba osób, które stawiły się na mecie maratonu, czyli przepłynęły cały dystans: 64 osoby (53 osady)! Być może miało na to wpływ przymknięcie oka na zapis w regulaminie, mówiący o ścisłym trzymaniu się limitu czasu 9 h na drugim punkcie kontrolnym, po 73 km trasy. Najszybszą osadą ma mecie była dwójka (męska) w składzie Sebastian Górajczyk i Adrian Sieniakowski, z czasem 10 h 21 min. i 11 sek. Pierwszy w kajaku jednoosobowym był Piotr Rosada z czasem 10 h 34 min. i 11 sek. i obronił miejsce sprzed roku. Dla nikogo nie było także zaskoczeniem, że pierwsza z trzech kobiet, które przepłynęły całą trasę „Wielkiej Siły” to Agnieszka Uklańska z czasem 12 h 22 min. i 37 sek. Na szczególną uwagę zasługuje kategoria weteranów. Aż sześciu Panów zameldowało się na mecie, a najszybszy był Mirosław Kowalski z czasem 10 h 48 min. i 26 sek. Organizatorzy szumnie nazwali swoją imprezę „Mistrzostwami Polski w Kajakarstwie Długolowym”, ale nie były to formalne zawody w tej randze w rozumieniu przepisów, ponieważ do używania nazwy „Mistrzostwa Polski” podczas organizacji i przeprowadzania zawodów według ustawy o sporcie mają prawo tylko polskie związki w danej dyscyplinie [1], w tym przypadku Polski Związek Kajakowy. Maraton Parsęta Już wkrótce, w zaledwie trzy tygodnie po „Wielkiej Sile” w dniach 23-24 kwietnia 2016 r., odbędzie się maraton Parsęta. Wprawdzie będzie to już piąta edycja tej imprezy, ale po raz pierwszy w nowej formule. Dotychczas trasa maratonu polegała na przepłynięciu 100 km w napiętych limitach czasowych na punktach kontrolnych i na mecie, z dwoma stałymi przenoskami przez małe elektrownie. Parsęta na odcinku, na którym odbywała się dotychczas rywalizacja, to początkowo rzeka zwałkowa (kilkadziesiąt kilometrów) potem szybsza, silnie meandrująca, a na koniec szeroka, pełna wody kajakowa „autostrada”. Wydawać by się mogło, że główna trudność maratonu polegała na odpowiednim doborze kajaka, tak by bez utraty sił pokonać kilkadziesiąt kilometrów zwałek i jednocześnie szybko płynąć końcowe kilkadziesiąt kilometrów szlaku bez przeszkód w nurcie. Regulamin zabraniał wymiany kajaka podczas trwania rywalizacji. Rekord (dotychczasowej) trasy maratonu należy do Kazimierza Rabińskiego i wynosi 11 h 3 min. i 8 sek. Kazik wygrał dotychczas dwukrotnie. Jedyną, jak dotychczas, kobietą, która startowała i ukończyła dystans 100 km jest Renata Miszczak, okrzyknięta „Królową Zwałek”. Jej starty i uzyskane czasy wprawiają w kompleksy wszystkich startujących panów. W tym roku maraton ma zmienioną formułę. Został podzielony na dwa dni: pierwszy to 69 km zwałek, a drugi to 59 km wyścigu bez przeszkód w nurcie. Organizator zezwala, a nawet zaleca, zmianę kajaka pomiędzy tymi dwoma etapami maratonu. Czy nowa formuła zyska uznanie uczestników, którzy z odległych zakątków Polski muszą przyjechać teraz z dwoma kajakami? Czy po 69 km trudnych zwałek Parsęty, długodystansowcy będą mieć ochotę i siłę na drugi dzień ścigania? Czy nowa formuła przetrwa? Będziemy obserwować. Pełna lista dotychczasowych wyników i szczegóły imprezy znajdują się na stronie organizatora: Maraton Vohandu w Estonii Koniecznie muszę wspomnieć o kilku maratonach zagranicznych, na których można zobaczyć Polaków. W tym samym terminie, co Parsęta ( r.), odbędzie się Maraton Vohandu w Estonii. Z założenia ma 100 km, ale zdarzyło się, że został nieco skrócony, bo jezioro, na którym liczni uczestnicy robią zwykle na początku pętlę dla „rozciągnięcia peletonu”, było jeszcze zamarznięte. Kilkuset miłośników maratonu organizatorzy wypuszczają na wodę w kilku grupach. Maraton jest tak liczny, że wydawać by się mogło, że cała Estonia bierze udział w tym spływie. Limit czasowy wynosi 24 h, a dystans kończy średnio około 80% załóg. Trasa maratonu wiedzie szybką rzeką Vohandu, z kilkoma odcinkami przez małe jeziorka i jednym mocnym „odcinkiem górskim”. Są przenoski. W pierwszej edycji Vohandu, 10 lat temu, udział wzięły 23 osady. W chwili, kiedy piszę te słowa (pierwsza połowa kwietnia), na liście startowej 11. edycji znajduje się 770 osad w 19 kategoriach, co daje 1,5 tysiąca uczestników (!!!) z jedenastu krajów. Już teraz na liście startowej są cztery osady z Polski. Pomimo dużej konkurencji, Polakowi Piotrowi Rosadzie udało się zająć miejsce na podium imprezy w 2013 roku (na skróconej wtedy właśnie trasie), kiedy to z czasem 7 h 43 min. i 17 sek. zjawił się na mecie jako piąty, ale jako drugi w swojej kategorii K1M. Rekord imprezy należy do Litwinów, którzy od lat wygrywają Vohandu (najlepszy czas w 2013 roku 6 h 47 min. i 31 sek.). Organizatorzy docenili stałą już obecność Polaków wśród uczestników i na stronie internetowej maratonu wśród użytych kilku języków, można zaleźć wszystkie informacje startowe także po polsku. Maraton Gauja XXL Dwa tygodnie po maratonach Parsęta i Vohandu, w pierwszy majowy weekend, czyli 6-8 maja 2016 r., swoje miejsce w kalendarzu zajmuje Maraton Gauja XXL – najdłuższy i najbardziej ekstremalny z maratonów w Europie. Gauja to piękna łotewska rzeka, znana naszym rodakom ze wspaniałych dwutygodniowych spływów rodzinnych. Łotysze postawili przed uczestnikami zadanie, by pokonać 310 lub 420 km rzeki jak najszybciej. Do wyboru cztery warianty rywalizacji: 310 km indywidualnie (Gauja XXL), 420 km indywidualnie (Gauja Ultimate), 420 km drużynowo (Gauja Team Relay) i „własne XXL” czyli w miarę możliwości: 50 km, 100 lub 200 km, zadeklarowane przed startem (Do Your Own XXL). Gauja XXL to ultramaraton bardzo elitarny, ale wśród zgłaszających się zwykle zaledwie kilkunastu uczestników, zawsze są Polacy. Jak się czyta nazwiska naszych rodaków, uczestniczących do tej pory w Gauji XXL, to nie może dziwić, że zajmowali miejsca na podium imprezy. Rekord maratonu na dystansie 310 km należy do Litwina Dainiusa Jaraminasa (to nazwisko nie jest obce bywalcom Międzynarodowego Spływu Kajakowego na Dunajcu) i wynosi 24 h i 40 min. (!!!). Najlepsze miejsce Polaka do tej pory, na dystansie 310 km, to zwycięstwo Kazimierza Rabińskiego w 2011 roku z czasem 31 h i 58 min. W 2012 roku Kazik przepłynął Gauję XXL z czasem 26 h i 35 min., ale wtedy wystarczyło to jedynie na drugie miejsce, trzecie należało także do Polaka Piotra Rosady. Panowie dwukrotnie jeszcze zajmowali przemiennie drugie i trzecie miejsce. Na wprowadzonym w ubiegłym roku nowym dystansie dla uczestników indywidualnych, czyli 420 km (Gauja Ultimate), żaden uczestnik w kajaku jednoosobowym nie ukończył rywalizacji. Na liście uczestników maratonu w roku 2016 widzimy Piotra Rosadę (na dystansie 420 km) i Wiesława Koca (310 km). Więcej wyników i informacji organizacyjnych na stronie maratonu: (strona prowadzona po łotewsku i angielsku). Malmo 24h Kayak Challenge Po Estonii i Łotwie, czas na kolejnego zamorskiego „sąsiada” Polski: Szwecję. 28-29 maja 2016 r. odbędzie się Malmo 24h Kayak Challenge, czyli M24KC, maraton limitowany czasem, a nie dystansem. Do dyspozycji są 24 godziny, podczas których uczestnicy pływają po stojącej wodzie kanału miejskiego w Malmo w Szwecji, obiegającego dookoła stare miasto. Trzeba pokonać jak najwięcej okrążeń trasy dookoła Starego Miasta i przepłynąć tym samym jak najdłuższy dystans w czasie 24 godzin. Zasady maratonu nakazują uczestnikom być dla siebie także sędziami i zapisywać liczbę pokonanych okrążeń po każdym przypłynięciu na odpoczynek w klubie kajakowym. Oznacza to, że do końca nie jest wiadomo, kto ile przepłynął i które miejsce zajmuje. Czy lepiej odpoczywać rzadziej, a dłużej, a może częściej, ale tak krótko jak to możliwe? Ile można przepłynąć po stojącej wodzie w ciągu jednej doby? Wydaje się, że liczba i długość przerw ma tu decydujące znaczenie, ale czy tylko? Te wszystkie pytania każdego roku stawia przed sobą kilkudziesięciu śmiałków, a wśród nich oczywiście Polacy. Do dyspozycji uczestników oddano klub kajakowy, w którego obszernych wnętrzach można sobie urządzić sypialnię. Klub dysponuje także pełnym zapleczem kuchenno-łazienkowym, więc warunki są iście luksusowe, biorąc pod uwagę brak wpisowego. Jedynym trofeum z imprezy jest mała kilkucentymetrowa plakietka w kolorze odpowiednim do przepłyniętego podczas doby dystansu: brązowa – za przepłynięte minimum 60 km, srebrna – za min. 120 km lub złota – za min. 180 km. Wielokrotnie już Polacy przywozili z maratonu złote i srebrne plakietki. Absolutny rekord, ustanowiony w 2015 roku, imprezy, mającej zaledwie sześcioletnią tradycję, należy do Polaka Piotra Rosady. Okazuje się, że podczas 24 godzin można przepłynąć na wodzie stojącej aż 212 km i 640 metrów (!!!). Największy dystans pokonany w tym czasie przez kajak dwuosobowy to także zasługa Polaków: bracia Artur i Tomasz Sumara w 2014 roku przepłynęli 205 km 335 metrów – to jedyna dwuosobowa osada, która do tej pory pokonała dystans powyżej 180 km. Najlepsza z kobiet, Norweżka Tine Raisbaek, przepłynęła w 2013 roku 156 km 675 metrów, a najlepsza z Polek Kinga Kępa: 121 km 485 metrów. W tej chwili na liście startowej M24KC na rok 2016, widnieją 43 nazwiska, z czego aż pięciorga Polaków. Radzę zwrócić uwagę na pojawienie się na tej liście, oprócz Piotra Rosady, takich nazwisk jak Michał Zielski 'Zielu’ i Agnieszka Uklańska. Mogą paść rekordowe wyniki, zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet. Będzie się działo! Więcej szczegółów na stronie imprezy: prowadzonej po szwedzku i angielsku. Czerwiec nie przynosi odpoczynku w maratonach długodystansowych. Tym razem odbędą się aż cztery imprezy o tym charakterze, wszystkie w Polsce. Brda Extreme Już podczas pierwszego weekendu czerwca na szlak rzeki Brdy powróci Brda Extreme. Organizatorzy chyba nie są zadowoleni z ostatecznej formuły tego najdłuższego wyścigu kajakowego w Polsce, bo wprawdzie w tym roku impreza odbędzie się trzeci raz, ale za każdym razem trasa jest innej długości, na innym odcinku rzeki, a w tym roku maraton dodatkowo zmienił organizatora. W roku 2014, na dystansie 159 km 200 metrów (z Garbatego Mostu do Samociążka), wygrali Adrian Lipiński i Seweryn Lipiński w K2 z czasem 17 h 6 min., a Piotr Rosada wygrał w kategorii K1 z czasem 17 h i 17 min. Druga edycja w 2015 roku odbyła się na dystansie 132 km 200 metrów z Garbatego Mostu do Nogawicy. Znowu najlepszy był Piotr Rosada z czasem 13 h, 14 min. i 30 sek. Na uwagę zasługuje udział osady C2 (kanadyjka) w maratonie: Marcin Ponomarenkow i Remigiusz Parszewski stawili się na mecie po 17 h 1 min. i 48 sek. Jak będzie wyglądała Brda Extreme w tym roku? Jakie rodzaje łódek zobaczymy? Termin edycji 2016 to 3-5 czerwca (płynięcie w dniu r.). Dystans na ten rok to 124 km i obowiązują limity czasowe zarówno na punktach kontrolnych, jak i na mecie. Start nastąpi pod zaporą w Mylofie, a meta będzie w Bydgoszczy, po kilku kilometrach płynięcia pod prąd (po nawrocie). Meta usytuowana w centrum miasta zapewni widownię imprezie, zwłaszcza, że organizatorzy marzą o prawdziwym festynie kajakowym w Bydgoszczy. Więcej informacji znajdziecie na stronie organizatora który niestety nie ujawnia listy zgłoszonych już zawodników. Otwarty Maraton Kajakowy Warta Challenge 17-19 czerwca 2016 r. po raz szesnasty będzie miała miejsce najstarsza cykliczna impreza długodystansowa w Polsce: Otwarty Maraton Kajakowy Warta Challenge, w którym tym razem rywalizacja polega na zsumowaniu punktów z trzech konkurencji, rozgrywanych podczas weekendu: maratonu kajakowego na dystansie 100 km, pięciokilometrowego wyścigu w centrum Poznania oraz slalomu. Na przestrzeni lat organizatorzy przeprowadzali maraton zamiennie na odcinku Pogorzelica – Poznań lub Poznań – Sieraków, w tym roku na tym drugim. Maraton nie polega na zajęciu najlepszego miejsca, a jedynie na turystycznym przepłynięciu w limitach czasu odcinków Warty, na które została podzielona trasa, a za które uzyskuje się punkty do łącznej klasyfikacji imprezy. Turystyczny charakter długodystansowego etapu wyklucza odnotowanie tu rekordów imprezy. Tę imprezę mogę jednak szczególnie polecić początkującym „długolom”. Organizatorzy dopieszczają uczestników, zapewniając wspaniały serwis na punktach kontrolnych i dobre warunki bytowe. Więcej szczegółów na stronie organizatora: DEBIL, czyli Długodystansowy Ekstremalny Bieg Inauguracja Lata Zwykle koniec czerwca to czas DEBILa. Długodystansowy Ekstremalny Bieg Inauguracja Lata to spływ szlakiem Raduni z Kolana nad Jez. Ostrzyckim do przystani Żabiego Kruka w Gdańsku. W tym roku termin DEBILa to 17-18 czerwca, czyli jednocześnie z Warta Challenge i będzie to dwunasta edycja tej ekstremalnej imprezy. Ten wydłużony w 2011 roku maraton kajakowy polega na przepłynięciu około 116 km [2] (organizatorzy podają trochę na wyrost, że prawie 130 km) bardzo zróżnicowanej trasy w limitowanym czasie 24 godzin, co daje prawo do otrzymania zaszczytnego tytułu DEBILa, który laureaci noszą z prawdziwą dumą. Pierwsze 38 km trasy to woda stojąca „Kółka Raduńskiego”, później kilkadziesiąt kilometrów zwałek w szybkim nurcie, czyli Jar Raduni, który płynie się zwykle w nocy lub nad ranem w gęstej mgle. Na koniec kandydaci na DEBILi zmagają się z kilkunastoma elektrowniami, które trzeba „obnieść”. Kilkusetmetrowe przenoszenie kajaka przez krzaki jeżyn po stu kilometrach płynięcia może nadwyrężyć nawet najsilniejszą wolę ukończenia spływu. Suma przenosek na trasie DEBILa to ponad 6 km (!). Dopłynięcie do Gdańska związane jest dodatkowo ze zmaganiami z wiatrem od morza. W regulaminie DEBILa zakazane jest korzystanie z jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Nie ma tu nagród, a w oficjalnych wynikach nigdy nie są podane czasy uzyskane przez DEBILi. Finaliści dostępują jedynie przywileju używania elitarnego tytułu DEBILa, mogą liczyć na posiłek na mecie oraz na jakąś pamiątkę. Zaszczytny tytuł DEBILa aż pięciokrotnie do tej pory zdobyło dwóch uczestników: Marek Stępień ‘Ślimak’ i Piotr Rosada. W historii imprezy tytuł otrzymały 4 kobiety: Alina Sarnowska „Malina”, Maria Kończalik, Ewa Potępa i Jolanta Rosada. Dwie ostatnie panie pokonały wydłużoną już trasę, ale w mixtach. Wsród DEBILi można doszukać się także takich nazwisk jak Aleksander Doba i Jarosław Frąckiewicz. Więcej szczegółów na temat imprezy wraz z regulaminem znajduje się na stronie organizatora: Maraton na Kanale Elbląskim W ostatnią sobotę czerwca r. odbędzie się po raz drugi Maraton na Kanale Elbląskim. Trasa 75 km, wiodąca z Ostródy do Elbląga, to prawie wyłącznie stojąca woda z wieloma przenoskami na śluzach i pochylniach tego cudu techniki, jakim jest szlak Kanału Elbląskiego. Zorganizowana w ub. roku po raz pierwszy impreza, skusiła na tym dystansie zaledwie dwóch kajakarzy: Piotra Rosadę i Kazimierza Rabińskiego, którzy myląc trasę, dotarli jednak szczęśliwie do mety. Niestety do tej pory organizatorzy nie zdradzili, poza terminem, żadnych szczegółów organizacyjnych bieżącej edycji. Szczegółów imprezy należy spodziewać się na stronie: Morski Maraton Kajakowy o Wstęgę Zalewu Wiślanego Początek lipca od dwóch lat zarezerwowany był dla Morskiego Maratonu Kajakowego o Wstęgę Zalewu Wiślanego. Ten maraton, wśród wielu innych, szczególnie się jednak wyróżniał. Jako że „morski”, to organizatorzy przygotowywali morski maratonowy dystans, czyli 42 Mm (mile morskie). Trasa została pomyślana tak, by opłynąć możliwie jak najdokładniej polską część akwenu. Obowiązkowe opływanie lewą burtą boi na torze podejściowym do portów Tolkmicko, Frombork, Nowa Pasłęka, Nowa Karczma (Piaski), Krynica Morska, Kąty Rybackie i Nadbrzeże, gwarantowało każdemu z kajakarzy przepłynięcie prawie 80 km rozbujanej wody, do pokonania w limicie czasu 14 h. Duże wyzwanie, zwłaszcza przy wietrze wiejącym z kierunku N-NE, czyli prawie dokładnie wzdłuż akwenu. Duże fale podczas crossu wzdłuż granicy z Rosją (do dwóch metrów) sprawiły, że spora część załóg nie ukończyła dystansu: zawodnicy wycofywali się, a była nawet wywrotka. Ze startujących 12 uczestników pierwszej edycji (11 kajaków) do mety dotarło zaledwie 6 osad, w tym jedna kobieta, Agnieszka Uklańska. Wygrał Kazimierz Rabiński z czasem 8 h i 59 min., wykorzystując pomylenie trasy w końcówce przez Dariusza Kuźniarskiego, który minął linię mety trzy minuty po zwycięzcy. Organizatorzy, nauczeni doświadczeniem w zabezpieczaniu zawodów z pierwszego roku, zmienili trasę drugiej edycji, by móc szybciej, w razie wywrotki, dotrzeć do kajakarza. Trasa w 2015 roku została pomyślana jako bardzo „nawigacyjna”. Uczestnicy, oprócz umiejętności sprinterskiego pokonywania morskich fal, powinni byli także wykazać się znajomością sztuki nawigacji, by w odpowiedniej kolejności pokonać skomplikowaną nawigacyjnie trasę. Przed startem zorganizowano dla kajakarzy warsztaty nawigacji morskiej co, jak się okazało, było pierwszym zetknięciem dla większości uczestników z kompasem i mapą morską. Kajakarzom nie dane było wykorzystać nowych umiejętności: warunki panujące na Zalewie Wiślanym w dniu zawodów (bardzo silny wiatr i agresywna fala) wykluczyły możliwość ich przeprowadzenia na wodach morskich Zalewu. Wyścig przeprowadzono na trasie alternatywnej – Pętli Żuławskiej (Kanał Elbląski, Nogat, Szkarpawa i Wisła Królewiecka) z możliwością przepłynięcia po Zalewie Wiślanym w asyście ratowników dla chętnych, po wpłynięciu na metę maratonu. Z tej ostatniej możliwości skorzystały zaledwie 4 osady. Brawo! Niestety organizatorzy nie podjęli się zorganizowania trzeciej edycji imprezy w tym roku. Zamiast tego zapowiedzieli trzydniowe kajakowe szkolenie nawigacyjno-ratownicze na wodach Zalewu Wiślanego, co wobec niezwykle niskiego poziomu morskich umiejętności kajakowych wśród kajakarzy, wydaje się być w pełni uzasadnione. Szczegółów należy spodziewać się tutaj: Wyszkoleni morscy kajakarze z pewnością chętniej wezmą udział w morskim maratonie kajakowym, podobnie jak ma to miejsce na północy Europy. Maraton Drawski Nie czas na wakacje dla długodystansowców, chociaż prawie miesiąc przerwy pomiędzy potwierdzonymi do tej pory maratonami, to najdłuższy czas w sezonie 2016 na regenerację sił. 23 lipca 2016 r. odbędzie się po raz czwarty Maraton Drawski. Trasa wyścigu wiedzie, w miarę dokładnie, dookoła jeziora Drawsko z „przyległościami”, czyli małym odcinkiem Drawy oraz jeziorami Rzepowo i Żerdno. Całość zamyka się w 55 kilometrach stojącej wody, co zdaniem organizatora powinno się dać przepłynąć w limicie czasu 8 godzin. Dużą rolę w organizacji i nagłośnieniu maratonu odegrało forum Nowa inicjatywa została tu właśnie ogłoszona i tu szybko „skrzyknęli się” uczestnicy. W rezultacie na starcie pierwszej edycji stanęło 24 kajakarzy i liczba uczestników w zasadzie się nie zmienia. Największą trudność na trasie sprawia pogoda. Dwie pierwsze edycje odbyły się sięgającym 35 stopni C upale i pełnym słońcu, a trzecia polegała na ściganiu się z burzami i wiatrem, który tuż przed rozpoczęciem wyścigu przewracał drzewa w pobliżu jeziora. Z tego powody trasa w 2015 roku została skrócona do ok. 44 km. Uczestnicy maratonu muszą się cechować umiejętnością nawigacji, bo kręta linia brzegowa jez. Drawsko z wieloma zatokami sprawia, że można zabłądzić i minąć jeden z 7 punktów kontrolnych, które należy pokonać w odpowiedniej kolejności. Rekord trasy (w pełnej długości) należy do braci Sumarów, zwanych przez przyjaciół długodystansowców 'Drwalami’, którzy w 2014 roku w kategorii K2 (open) dotarli do mety w czasie 5 h i 26 min., wyprzedając zaledwie o 1 minutę i 13 sekund Piotra Rosadę w K1, trzykrotnego zwycięzcę imprezy w kajaku jednoosobowym. Pełne wyniki maratonu i szczegóły organizacyjne najbliższej edycji można zobaczyć na stronie organizatora: Dalsland Kanot Maraton+ Dwa tygodnie po Maratonie Drawskim, wypadałoby pojechać znowu do Szwecji, by wystartować w Dalsland Kanot Maraton+. Data tegorocznej edycji to 13 sierpnia 2016 r. Ten znany już naszym rodakom maraton od lat kusi śmiałków, chcących się sprawdzić na dystansie 55 km pięknych jezior Dalslandii. Na trasie maratonu są trzy przenoski, które, doskonale oznaczone i zabezpieczone, nie sprawiają uczestnikom większych trudności. Organizatorzy, w zamian za wysokie wpisowe, oferują jedzenie, napoje oraz możliwość skorzystania z łazienek na trasie. Wszystkim na mostkach przygrywają zespoły muzyczne, a bardzo zmęczeni mogą także skorzystać z masażu. W takich warunkach pływa się doskonale! Na starcie stawia się kilkaset osób w kajakach i kanadyjkach, świętujących wspólnie to święto ludzi wioseł. W każdej edycji na trasie można spotkać Polaków. Ja zaczynałam na Dalsland Kanot Maraton+ swoją przygodę z długimi dystansami, mimo że kilka lat wcześniej, po lekturze w WIOŚLE artykułu o tej imprezie, autorstwa Adama Rohatyńskiego, uznałam, że nie jestem w stanie ukończyć jej w limicie czasu, wynoszącym 12 h. W imprezie, w której bierze udział kilkaset łódek, a wśród nich najlepsi długodystansowcy północnej Europy, zajęcie miejsca w pierwszej dziesiątce to „extraklasa”. Pomimo to zdarzają się tu polskie nazwiska: na siódmym, piątym, a nawet w 2015 roku na trzecim, medalowym miejscu! Ten sukces należy do małżeństwa Jolanty i Piotra Rosadów, którzy zajęli trzecie miejsce w kategorii K2Mix z czasem 5 h i 24 min., tracąc do zwycięzców zaledwie trzy i pół minuty. Pełna tabela rezultatów i wszystkie szczegóły maratonu na stronie organizatora, prowadzonej po szwedzku i angielsku: Szczeciński Maraton Kajakowy Przy dobrym zaplanowaniu podróży że Szwecji, wracając, można się załapać na zorganizowany 21 sierpnia 2016 r. po raz pierwszy Szczeciński Maraton Kajakowy na wodach Międzyodrza, czyli Odrą Zachodnią, Odrą Wschodnią i łączącymi je kanałami. Trasa maratonu ma mieć długość około 60 km, ale w obowiązującym limicie czasu 10 godzin. Organizatorzy planują 5 podstawowych kategorii, pod warunkiem zgłoszenia się minimum trzech osad w każdej. Niewątpliwą atrakcją tej imprezy jest baza noclegowa w Klubie Jachtowym w centrum Szczecina, naprzeciwko Wałów Chrobrego z widokiem na Zamek Książąt Pomorskich [3]. Teoretycznie maraton jest zorganizowany na wodach płynących, ale w praktyce na tym odcinku Odry kierunek płynięcia wody zależy od siły i kierunku wiatru, na który można tu zawsze liczyć. Organizatorzy zadbali o zaplanowanie trasy tak, by żaden kierunek wiatru nie był korzystny. Jak dodam, że maraton organizują wytrawni kajakarze długodystansowi, to wiadomo, że będzie można się zmęczyć. Więcej na facebookowym profilu imprezy: Maraton Wisła Pstrąg 17 września 2016 r. warto sobie zarezerwować w kalendarzu na drugą edycję Maratonu Wisła Pstrąg. Kajakarze pływanie rzekami pod prąd nazywają „pływaniem na pstrąga”, więc patrząc już na nazwę imprezy, należy się więc spodziewać odcinka do przepłynięcia w górę rzeki – tym razem aż połowy trasy maratonu, wynoszącej 58 km. Start wyścigu odbywa się w Warszawie na wysokości przystani Warszawskiego Klubu Wodniaków PTTK i biegnie pod prąd do mostu kolejowego w Górze Kalwarii, gdzie po nawrocie kajakarze zaczynają płynąć z prądem rzeki do mety, usytuowanej w miejscu startu. Obowiązuje limit czasu na trwanie płynięcia: 12 godzin od wystartowania pierwszego zawodnika, ale zawodnicy na wodę puszczani są w losowej kolejności co dwie minuty. Pierwszą edycję imprezy wygrał Tadeusz Rek [4]. To pierwszy w życiu start tego kajakarza na tak długim dla niego dystansie. Wygrał z czasem: 5 h 58 min. i 34 sek. Na razie nie są podane żadne informacje organizacyjne drugiej edycji zawodów w 2016 roku. Na szczegóły powinniśmy doczekać się na stronie organizatora: Jesienny Maraton Kajakowy na Jezioraku Korzystając z forum na długodystansowcy zmówili się na kolejny jesienny długi dystans. Tak oto powstał Jesienny Maraton Kajakowy na Jezioraku. Start do dystansu 52 km odbywa się w centrum Iławy na Małym Jezioraku. Potem peleton kajakarzy rozciąga się wzdłuż jeziora, by po nawrocie na północnym krańcu Jezioraka ruszyć ku mecie, usytuowanej na wysokości pomostu Ekomariny w Iławie. Z możliwości solidnego zmęczenia się w jesiennych szkwałach korzysta co roku kilkadziesiąt osób. W roku 2015 utworzono także osobny dystans dla kanadyjek (30 km), co sprawiło, że na starcie stanęły także łódki tego typu. Rekord trasy (52 km) należy do dwójki męskiej w składzie Mirosław Kreczman i Tadeusz Wieprzkowski, którzy korzystając z pięknej, słonecznej i bezwietrznej jesieni 2015 roku, dopłynęli do mety z czasem: 4 h 47 min. i 33 sek. Najlepszy w kajaku jednoosobowym był młodziutki Szymon Rękawik: 4 h 53 min. i 33 sek. Najlepszy w kanadyjce był Adam Figurski, który 30 km pokonał w czasie 3 h 7 min. i 8 sek. Informacje o bieżącej edycji maratonu zostaną opublikowane na w temacie maratonu, ale także na stronie: Puchar Canoa Cup Dodatkową możliwością rywalizacji dla długodystansowców jest Puchar Canoa Cup, w którym w tym roku sumowane są wyniki z siedmiu maratonów: Wielka Siła, Parsęta, Brda Extreme, Kanał Elbląski, Maraton Drawski, Wisła Pstrąg i Jeziorak. Regulamin Canoa Cup rządzi się swoimi prawami, ma osobny regulamin, więc wyniki poszczególnych maratonów nie przekładają się wprost na wyniku w całym cyklu. Organizatorzy zapowiadają bardzo atrakcyjne nagrody dla wszystkich, którzy w limitach czasu ukończą pełen dystans wszystkich maratonów cyklu. Regulamin tej rywalizacji i wyniki po każdym maratonie można śledzić na stronie organizatora: Obserwując maratony kajakowe, w których coraz liczniej uczestniczą nasi rodacy, nie sposób nie ulec wrażeniu, że przyszła moda na pokonywanie długich dystansów. Dużą frajdę sprawia uczestniczenie w odkrywaniu swoich możliwości, przesuwaniu granic i wyznaczaniu „nowych lądów” wśród swoich najbliższych kajakowych przyjaciół i w swoich kajakowych środowiskach. Pierwsi zarażają chęcią sprawdzenia się następnych i tak z roku na rok liczba osób na startach maratonów i tych, którzy dopływają do mety – rośnie. Oprócz nazwisk, wymienianych przeze mnie najczęściej z racji zajmowania najlepszych miejsc lub bicia rekordów: Piotr Rosada i Kazimierz Rabinski, jest wielu, którzy także zasługują na wymienienie, bo zajmowali dotychczas wysokie miejsca i mogą odgrywać w tym roku także znaczące role: Michał Zielski, Dariusz Kuźniarski, Miłosz Michalski, Michał Bąk ‘Milimetr’, Dariusz Łapiński, Ireneusz Burzych, Adrian Lipiński, Artur Sumara, Tomasz Sumara, trudno wymienić wszystkich. Zwróćcie uwagę także na panie: Agnieszkę Uklańską i Renatę Miszczak – niesamowite, silne kajakarki. Mało kto jednak wie, zanim nie spróbuje, jak dużą cenę trzeba zapłacić za pływanie długodystansowe, za siedzenie na przykład całą dobę w kajaku. Nie tylko cenę fizyczną, kiedy mdleje się lub zasypia ze zmęczenia podczas płynięcia, ma się poobcierane ciało i spuchnięte od wysiłku dłonie. Także cenę psychiczną: mało kto mówi o samotności długodystansowców, których środowisko wprawdzie wydaje się zintegrowane, ale płynięcie długiego dystansu nie przypomina w niczym rodzinnych spływów w gronie przyjaciół. Przez wiele godzin nie ma się po prostu do kogo odezwać. Pomimo wszystko, z czystym sumieniem, polecam tę formę kajakarstwa, bo podczas pływania ma się dużo czasu, żeby porozmawiać samemu ze sobą i najlepiej jak się da poznać samego siebie. [1] Ustawa o sporcie z dnia Nr 127, ( [2] Na podstawie zapisu śladu z GPS uczestnika. [3] O Szczecinie i jego wodnych możliwościach więcej w Magazynie Kajakowym WIOSŁO nr 2/2015. [4] Więcej o Tadeuszu Reku, wielokrotnym Mistrzu Polski, Mistrzu Świata i Mistrzu Olimpijskim pisaliśmy w Magazynie Kajakowym WIOSŁO nr 2/2015. Polecamy również

odbywa się wyścig dwóch kajakarzy